Czas 2012-04-07 01:46:59
Jak ten czas płynie niemiłosiernie szybko. Tyle ostatnimi czasy wydarzyło się w moim życiu (raczej smutnego niż wesołego), a ledwie się obróciłam i już mamy kwiecień. Jestem w trakcie pisania pracy licencjackiej, chciałabym się obronić do lipca. Wiem, że obiecanki cacanki, bo miałam pisać pracę w święta, a aktualnie siedzę ubrana i gotowa do wyjścia na spotkanie z moją dawną koleżanką… ale przyświeca mi ten jeden cel. Chciałabym zostać licencjonowanym filologiem polskim. Na tym raczej skończę przygodę z polonistyką – no chyba, że wydarzy się w moim życiu coś nieoczekiwanego i nagle zmienię zdanie. Wakacje chciałabym poświęcić na zdobywanie doświadczenia w jakimś szczecińskim wydawnictwie, na zrobienie prawa jazdy, a przede wszystkim na efektywnym wypoczynku. Marzy mi się kolejny zagraniczny wojaż, kto wie, może mi się poszczęści? Po wakacjach zaś mam wiele planów na kolejne zdobywanie doświadczeń, imprez z nowymi jak i ze starymi znajomymi, a także rozpoczęcie kursu angielskiego i niemieckiego. Chciałabym mieć okazję do zrealizowania tych wszystkich planów. Oprócz tego muszę przeprosić za długotrwałą przerwę – znowu byłam wplątana w nieprzyjemne zdarzenia, które znacząco odbiły się na moim, i tak nadszarpniętym, zdrowiu psychicznym. Umarł mój wujek. Staram się być wsparciem dla cioci w tych trudnych chwilach. Chcę to kontynuować. Poza tym rozchorowałam się, znowu. I nie lubię świąt. Już dawno zatraciły one magiczną otoczkę. Po prostu, dzień jak co dzień. Mam nadzieję jednak, że dla was nie straciły magicznego klimatu, że złączycie się w tym dniu przy rodzinnym, niedzielnym stole, a także zostaniecie, zgodnie z tradycją, oblani w Lany Poniedziałek. Wesołych Świąt!
skomentuj (4)? 2012-02-13 23:34:52
Zazdroszczę ludziom tego, że ich jedynym problemem jest sesja. Kiedy zaglądasz śmierci w oczy, rzeczy przyziemne przestają mieć znaczenie. To znaczy – niezaliczony egzamin nie jest końcem świata. Człowiek w takich momentach myśli i dziękuje (w zależności od wiary) za kolejny dzień egzystencji. Osobiście zastanawiam się jeszcze nad tym, czy będzie mi dane przeżyć kolejny dzień. Nie są to myśli napawające mnie ogromnym lękiem, powodujące paraliż nie do przejścia, jednakże sama ich obecność sprawia, że zmieniam myślenie na pewne kwestie. Ostatnimi czasy mam różne koszmary, związane ze śmiercią. Zazwyczaj jest to spotkanie osoby zmarłej, spojrzenie jej w oczy, rozmowa i zobaczenie tego ogromnego bólu. Bólu zwiastującego szybki i bolesny koniec. Nie stałam się monotematyczna, żyję i jestem dalej. Ale w codziennym pędzie nie wolno zapomnieć o tych, którzy już nigdy nie zaliczą sesji i nie będą świętować zwycięstwa nad nią, nie poznają swojej drugiej połówki (nawet takiej 0,7l, chociaż osobiście wolę łiski), czy nie poczują tej beztroski spowodowanej… życiem. Banalne rzeczy, dla większości powodujące spazmy lęku o brak studiów, perspektyw, pracy, czy życia w samotności lub nieuchronnego alkoholizmu. Pamiętajcie, dopóki żyjecie, zawsze macie wybór. Możecie podejmować milowe kroki, zmieniać się na lepsze, być spontaniczni, w końcu się odezwać do osoby, w której się podkochujecie, uprawiać dziki seks z ukochaną osobą, zachlać się w trupa ulubionym trunkiem, zmienić towarzystwo lub bawić się z tym, które się kocha, pójść na terapię, by wyleczyć się z koszmarów przeszłości. Jest multum możliwości… a żeby je zrealizować wystarczy… żyć. Co do jasnej cholery musi się stać, by niektórzy to zrozumieli?
Moja sesja składała się z 8 egzaminów. Zdałam 7, na niezłe oceny. Polegałam przy ostatnim z powodu zmęczenia oraz trudnego egzaminu. Poprawka niebawem. Ale generalnie… nadal jestem studentką. Na pewno na jednym kierunku :) Był pot, były łzy, załamanie, rzucanie co najmniej jednego kierunku, ryk, użalanie się nad sobą, że życie tak mnie pokarało i nie jestem w stanie się uczyć. Jednak dałam radę. To mój ogromny sukces, że przy takiej ilości zobowiązań, byłam w stanie zrealizować większość swoich zamierzeń. Nie mogę oczywiście zapomnieć o ogromnej pomocy ze strony najbliższych, bez nich by się to nie udało. A poza tym, kocham życie.
Również wam należą się podziękowania, za wsparcie.
skomentuj (5). 2012-01-21 00:23:03
Niedawno wróciłam z kolejnego pogrzebu. Zmarł mój kolega, równolatek. Zmarł szybko i gwałtownie, na raka. Choroba została wykryta przy przypadkowym zabiegu. Znowu ryczę, nie mogę zebrać myśli, a co dopiero uczyć się do podwójnej sesji. Ktoś z was powie, że życie się toczy dalej? To w takim razie nie warto was słuchać. TRZEBA mieć CHWILĘ na ODDECH, TRZEBA! I to ja będę jedyną osobą, która zadecyduje o tym, ile ta CHWILA na ODDECH będzie trwała. Dziękuję.
I nie wiem, co mam myśleć... czy mam tak ogromnego pecha, czy mogę już nazwać siebie "zwiastującą śmierć"?
skomentuj (4)Po długiej przerwie 2012-01-09 00:12:08
Na chwilę zaświeciło słońce. Zdałam ten cholerny egzamin, w końcu!
Ale, żebym mogła sobie ponarzekać, bo ostatnio mam do tego tendencję, powiem, że ta sesja nie zapowiada się za dobrze. Mam 7 egzaminów, multum zaliczeń przed, projektów, badań i innych pierdół. Czy ktoś może mi pożyczyć czasowstrzymywacz?
Żeby jeszcze bardziej dobić optymistyczny klimat tej notki, ogłoszę, że dostałam grypy jelitowo-żołądkowej, a wiadomo, co wersja z jelitami znaczy. Częste wizyty w toalecie i łykanie tony Laremidu.
Wmawiam sobie, że jestem ponad tym wszystkim. Bo jestem.
Nie wspominałam wam o tym, jak spędziłam sylwestra. Pół dnia zamęczałam się tym, że nie byłam na jego pogrzebie (został pochowany w sylwestra), a drugie pół szykowałam do ogromnej imprezy. Nikogo nie chciałam zasmucać tą informacją, to moja osobista żałoba. I pomaszerowałam na bibkę, na której przez chwilę zapomniałam, że coś mnie tam w środku boli. Było kilka dramma, ale poza tym sylwester zaliczam do jak najbardziej udanych. Zmyłam się z niego jako ostatnia, a było to około godziny 6. Przez całą imprezę leciał w tle Rammstein, a upijałam się swoim ulubionym trunkiem - whisky z colą. Musiałam sobie zrekompensować to wszystko.
A jak dzisiaj na to patrzę? Będę pamiętać, ale nie mogę się tym zamęczać. Oboje dziadkowie byli sędziwego wieku, swoje najlepsze lata już przeżyli. Umarli, bo byli starzy. Została zachowana odpowiednia kolejność - dorosłe i usamodzielnione dzieci pochowały swoich bardzo starych rodziców. Nie umarło dziecko, które dopiero swoje życie miało na dobre rozpocząć. Nie umarł młody rodzic, który nie zdążył przygotować swojego dziecka do samodzielnego życia. Oczywiście, boli. Ale jestem pewna, że swoje życie podsumowali jako szczęśliwe. I przede wszystkim, teraz nie cierpią.
Największy test "odporności", będę miała, jak pojadę do swojej rodziny, by odwiedzić jego grób. Oj będę, oj będę. Wybiorę się tam dopiero po sesji.
